Obiecałąm sobie, że będe dodawać notki częściej jednak wyszło jak zawsze, akurat w tym tygodniu prawowałąm na nocną zmianę więc 12 godzinny tryb pracy nie pozwolił mi na stworzenie niczego konkretnego, jednak weekend jest caly mój zbieram siły na nocy pracowity tydzień ;) Dobra tyle prywaty.
Dziś mam dla was recenzję słynnego (chyba) brązera W7 HONOLULU:)
Opakowanie: bardzo przyjemne, mogłoby się wydawać, że pokrywka będzie z niego spadać jednak nic bardziej mylnego. Dodatkowo produkt zawiera plastikową osłonkę, która nie pozwala na to żeby prdukt ubabrał nam wszystko co możliwe :). Do produkty dołączony jest także pędzelek, który ma bardzo miekkie włosie ale jednak nie nie jestem do niego przekonana, nie da się nim stworzyć efektu jaki bym chciała.
Produkt: Szczerze mówiąc nie byłam do niego przekonana, zawsze używałam brązera z Rimmel jednak myśle a może jednak to będzie coś fajnego i nie myliłam się. Zawsze jak przymierzam się do zakupu brązera ważne jest dla mnie żeby nie zawirał żadnych pomarańczowych tonów oraz drobinek, które sprawią, że będe się błyszczeć, świecić jak wiadomo co ;). Ma odcień mlecznej czekolady. Bardzo łatwo się nakłada, nie ma mowy o tym żeby się pylił, może niem bardzo ładnie skonturować twarz budując kolor, wiadomo im więcej nabierzemy tym barzdiej intensywny kolor. Jednak jeśli ktoś ma skłonność do dotykania twarzy w trakcie dnia to jednak można go zetrzeć. Nie zauważyłam żeby blednął w trakcie dnia, a mój dzień jeszt naprawdę długi, może troszkę przesadziłam ale jednak trzyma się dość długo ;). Dodatkowym plusem jest to, że absolutnie nie zatyka porów, nie powoduje alergii, nie ma żadnego zapachu:)
Aplikacja: polecałabym jednak używać innego pędzelka niż tego, który jest tam załączony, tym niestety można sobie zrobić krzywdę. Należy go nakładać stopniowo w zależności od efektu jaki checemy uzyskać, jednak laski slow down naprawdę stopniowo :)
Ogólna refleksja: Jest bombaśny :) Wszystko jest mega mega a cena omg dla jej samej niej można go spróbować :)



